Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Małgośka mówią mi

Ammiszaddaj
,
Ilustracja
Ryn.

Zdjęcia z rejsu na s/y Małgośka, który odbył się w sierpniu 2006 AD. 25 zdjęć w formacie 1280x1024 jpeg wykonane Sony Ericsson k510i oraz dodatki.

Z Rynu wzięliśmy kurs w stronę głównej atrakcji rejsu - festiwalu we Wiosce Żeglarskiej w Mikołajkach. Po drodze nocleg w przystani u Nawigatora. Przy dochodzeniu rozwiało się do 6B, wejście bez miecza przy dopychającym wietrze. Bosman dokazywał cudów tego dnia, żeby zacumować jachty po kolei lądujące w szuwarach, jachtom bez właścicieli wieczorem poprawiał cumy, zakładał drugie przy wzmagającym się wietrze...

Jak było? Krótko było. A największą "atrakcją" nie okazał się wcale festiwal a pokładowa kuchenka gazowa, ale przeczytacie klikając więcej. Gdyby ktoś kiedyś mi zaproponował rejs z Rynu to bez wątpienia zaciągnąłbym się na "Małgośkę" jeszcze raz...

0001.jpg
0001.jpg
0002.jpg
0002.jpg
0002c.jpg
0002c.jpg
0003.jpg
0003.jpg
0004a.jpg
0004a.jpg
0005.jpg
0005.jpg
0006.jpg
0006.jpg
0007a.jpg
0007a.jpg
0008.jpg
0008.jpg
0009.jpg
0009.jpg
0010.jpg
0010.jpg
0011a.jpg
0011a.jpg
0012a.jpg
0012a.jpg
0013a.jpg
0013a.jpg
0014a.jpg
0014a.jpg
0015.jpg
0015.jpg
0016.jpg
0016.jpg
0017.jpg
0017.jpg
0017e.jpg
0017e.jpg
0018.jpg
0018.jpg
0019.jpg
0019.jpg
0020.jpg
0020.jpg
0021.jpg
0021.jpg
0021a.jpg
0021a.jpg
0022.jpg
0022.jpg
0023.jpg
0023.jpg
0024.jpg
0024.jpg
0025.jpg
0025.jpg

"Małgośka mówią mi, on nie wart jednej łzy..." - zanucił ktoś niby od niechcenia przerzucając przez burtę tobołki z bagażami. Tak, zdecydowanie szlagier Maryli stał się tematem przewodnim tego rejsu... Bo i cóż innego można nucić na Sportinie 595 o wdzięcznej nazwie "Małgośka". Wyczarterowana od MazuRyn Yachting stała się naszym domem na najbliższe 5 dni. Pobieżne oględziny wypadły pomyślnie i przede wszystkim była tania i sprawna. Wcześniej nam proponowano Sasankę 620 za 150zł, cóż z tego, że nowa i ładna i w ogóle "och i ach" jak nas zapewniała obsługa mariny, skoro bez kuchenki gazowej a co gorsza z butlą do nabicia za własne pieniądze! W przystani "Gat", tuż obok mieli wolnego w danym momencie Maczka 707, pamiętającego chyba lata przedwojenne. Zdecydowalibyśmy się, gdyby ktoś na kei nie szepnął o Sportinie stojącej 100m dalej... Niewiele mniej od niego wypracowana, jednak z akumulatorem - zdecydowaliśmy się. Już wkrótce wyszedł jej główny brak: nie miała skrzynki bosmańskiej. Żeby zabezpieczyć stenwantę trzymającą się na "słowo honoru", wymieniliśmy wygiętą szekle na dobrą (wziętą z relingu). Reling zawiązałem krawatem z zamiarem dokupienia szekli w Mikołajkach.

Z Rynu wzięliśmy kurs w stronę głównej atrakcji rejsu - festiwalu we Wiosce Żeglarskiej w Mikołajkach. Po drodze nocleg w przystani u Nawigatora (cumowanie 15zł, wc płatne - toy-toy płatny podwójnie). Przy dochodzeniu rozwiało się do 6B, wejście bez miecza przy dopychającym wietrze... Zarzuciło nas, jak każdy jacht tego wieczora - podawanie kotwicy, rzutka, wyciąganie się i stoimy. I za chwilę to samo, wchodzi następny jacht, podajemy kotwiczną, wyciągamy... Właściciela mariny nie widzieliśmy, i choć zdziera skórę za postój to zatrudnia bardzo przyjemnego bosmana. Ów bosman dokazywał cudów tego dnia, żeby zacumować jachty po kolei lądujące w szuwarach, jachtom bez właścicieli wieczorem poprawiał cumy, zakładał drugie przy wzmagającym się wietrze. Nam również pożyczył dodatkową cumę (na "Małgośce" nie cierpieliśmy na nadmiar lin...), pożyczył również narzędzia, potem bardziej specjalistyczne niestety nie udało nam się naprawić zablokowanego Eazylock'a, od tego dnia fał miecza zawiązywaliśmy węzłem rybackim na kabestanie... Po prostu nie znaliśmy jeszcze wtedy "sposobu na locka" (po rejsie bosman z portu macierzystego ("Pod Byczkiem") zapewnił nas, że to łatwa naprawa, wystarczy tylko wziąć knota...)

Następnego dnia skok do Mikołajek, cumowanie w "Cichej Zatoce" - bosman/ochrona gburowaty, nieprzyjemny, a właściciel pienił się na sąsiadów, że "to jest jego port i nie życzy sobie wymiany załóg na jachtach nieczarterowanych od niego", 10zł za jacht do 6m LC. 100m dalej stał s/y "Chopin" (kiedyś widziałem w internecie jak plynął na żaglach pracujących wstecz, ale już się właściciel strony zorientował i skasował trefne zdjęcie... a szkoda). Jak wiadomo w Mikołajkach wszystko jest drogie, żeby więc nie płacić 10zł za 10 minut prysznica dziewczyny postanowiły zapłacić 20zł za godzinę basenu w "Hotelu Gołębiewski". Przeszliśmy się z nimi, i czekając aż skończą się basenić zwiedziliśmy z Tomkiem hotel od piwnic po strych, sale konferencyjne i windy, i korytarze... A w "Cafe Patio" napiliśmy się i naładowałem telefon. Potem poszliśmy zjeść coś ciepłego o niższym standardzie (cenowym) a wieczorem na festiwal...

Grali "Mietek Folk" i "Gdańska Formacja Szantowa" oraz wiele innych, we wiosce ścisk tłok, wszystkie stoliki zajęte. Udało nam się przycupnąć przy "pożyczonym" kawałkiem stołu od mniej licznej grupy młodzieży. Powiem szczerze czuję duży niedosyt, jakoś innej organizacji takiego festiwalu oczekiwałem. Chociaż zespoły się starały w ogóle nie poczułem szantowej atmosfery i moim zdaniem jedynym atutem tej imprezy było to, że odbywała się w Mikołajkach... Canoe już nie słuchałem, wyszedłem. Po drodze na jacht zaczepił mnie jakiś pan żeby mu "pożyczyć 5zł", na szczęście po wymianie argumentów rozstaliśmy się bez rozwiązań siłowych. Później jeszcze próbowałem zielonego piwa - dobre, tylko piwem nie smakuje.

Następnego dnia minęliśmy regaty na Jeziorze Mikołajskim i popłynęliśmy zakosztować "piątki" na Śniardwach. Wytrzepało nam to i owo na jachcie i, bosman, miałem trochę roboty pokładowej. Matyldę na dziobie zalało permanentnie - do końca rejsu nie wysuszyła śpiwora. Pierwszy raz byłem na Śniardwach i szczerze mówiąc inaczej sobie je wyobrażałem. Wydawały mi się większe niż to, co zobaczyłem (choć przyznaję, że bardzo mało widzieliśmy - czas gonił by wracać do Rynu). Wróciliśmy więc baksztagiem przepuszczając w wejściu na Śniardwy "rzygacza" i zakręciliśmy w stronę rezerwatu koników polskich przy Bełdanach. Jacht koło nas przy cumowaniu miał jakieś problemy z mieczem, bo kładli go na burtę i grzebali od spodu w skrzynce mieczowej. Podejrzewamy, że zablokował im się wysunięty bo nie mogli wybrać fału... pomocy nie prosili.

Następnego dnia rano spacer do sklepu przy Domu Pracy Twórczej PAN w Wierzbie i w drogę. Po odbiciu od brzegu postraszył nas deszcz i nie chcąc moknąć na wodzie wpłynęliśmy do mariny o tej samej nazwie żeby zjeść obiad i przeczekać nawałnicę (która przeszła bokiem). Cumowanie 6zł/h lub 20zł/dobę. Przy okazji obiadu kuchenka, która do tej pory "pykała" sobie gazem obok palnika, "pyknęła" trochę mocniej robiąc duże wrażenie na kuku. Jak się to dokładnie odbyło, nie wiem, bo nie było mnie wtedy na jachcie ale z opowiadań skippera Tomka nie wyglądało to wesoło. Spod kuchenki buchnął czarny, gęsty, gryzący dym i z miejsca wypełnił całą kabinę... na szczęście wystarczyło zakręcenie butli (która była w achterze, do kuchenki gaz był doprowadzany dwumetrowym wężem). Po tym incydencie zdecydowaliśmy się na przestawienie gaśnicy znad kuchenki pod zejściówkę, żeby była łatwo dostępna na wypadek pojawienia się większych niż ustawa przewiduje płomieni z kuchenki. Zaraz też po powrocie wykręciłem kuchenkę z "aneksu kambuzowego" stwierdzając sprawcę czarnego dymu. Pod spodem widać było nadpalony wąż doprowadzający gaz, oraz niedokręcone odpowiednio mocno obejmy na łączeniu wąż-kuchenka. Dokręcenie ich scyzorykiem (brak skrzynki bosmańskiej) zmniejszyło na tyle ulatnianie się gazu podczas gotowania, że więcej przykrych niespodzianek nie mieliśmy. Jednak procedura gotowania wody zmieniła się radykalnie - od tego memontu wyglądała tak: 1) otworzyć achter i zablokować pagajem, żeby się nie zamykał; 2) otworzyć szafeczkę pod kuchenką żeby szybciej zobaczyć ewentualny dym 3) ustawić człowieka z gaśnicą przy zejściówce 4) odkręcić gaz na butli i pozwolić kookowi zacząć gotować.

Po perypetiach z obiadem zapłynęliśmy do miejscowości Tałty, płynąć aż do samego zmierzchu ścigając się z czasem (przedostatni dzień czarteru a wiadomo na Ryńskim często wieje "w mordę"). Zacumowaliśmy w jakimś Porcie Jachtowym "Baza", okrutnie drogie miejsce: cumowanie 22-9 6zł za jacht + 3zł za osobę, cumowanie za dobę 7zł za jacht + 4zł od osoby, obsługa jakaś niebardzo kontaktowa (może robiliśmy błąd rozmawiając z nimi po polsku, bo oprócz nas stali tam chyba sami Niemcy). Na całą długą marinę jedna ubikacja, bez ciepłej wody... Chyba więcej już tam nie przypłynę, nieprzymuszony losem.

Kolejny dzień upływał pod znakiem słabych wiatrów, opalania się i suszenia wszystkiego co popadło - pierwszy słoneczny dzień. Gdy mijaliśmy przystań pola namiotowego, na którym pierwszego dnia mieszkaliśmy Tomek z Matyldą nie wytrzymali ślimaczego tempa i wyskoczyli z łodzi dopływając do brzegu wpław. Po upewnieniu się, że znajdują się już na kąpielisku strzeżonym odpaliłem silnik i uciekając przed burzą ostatnie 500m z Asią pokonaliśmy na katarynie. Podczas cumowania lało już dość potężnie, mam wrażenie, że nawet przez chwilę grad sypał mi się na kark. W maszt po drugiej stronie jeziora uderzył piorun i tym efektownym wydarzeniem skończył się przyjemny czas rejsu, jeszcze tylko klarowanie, pakowanie, mycie i do domu...

Jak było? Krótko było. Przy zdawaniu jachtu wyłuszczyliśmy bosmanowi wszystkie sprawy niecierpiące zwłoki, w szczególności kuchenkę, i mam wrażenie, że zajmie się tym na pewno. Gdyby ktoś mi kiedyś jeszcze proponował rejs z Rynu bez wątpienia zaciągnąłbym się na "Małgośkę" jeszcze raz.

Tomek - skipper; Asia, Matylda i Paweł - załoga.

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2017