Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Szklanki na okręcie

Ammiszaddaj
,
Żaglowiec Lwów, 1923
"Lwów" w Rio de Janeiro. Rejs przez równik, 1923 r. Źródło: wikipedia.org

Od wielu lat zdarza mi się rozmawiać z różnymi ludźmi na temat żagli, czasem rozmowa schodzi na tematy dużych żaglowców i tego "jak to kiedyś bywało". Niestety zwykle wiedza moich rozmówców kończy się w tej materii na "Piratach z Karaibów" czy "Panu i Władcy. Na krańcu świata". Niektórzy jeszcze wspominają coś o szczurach, rumie czy bitwach morskich i przypominają czołówkę programu "Morze" popularnego w latach 80 i na początku '90 ubiegłego wieku. Wszyscy jednak bez wyjątku kojarzą żaglowce z wybijaniem szklanek.

Niestety tradycja ta powoli wychodzi z obiegu. Na "Fryderyku Chopinie" podczas rejsu, na którym miałem przyjemność ostatnio być, dzwon odzywał się tylko podczas podnoszenia bandery. W "Żeglarzu i Sterniku Jachtowym", z którego uczyłem się do pierwszego w życiu egzaminu na patent, o szklankach było wspominane jednak mało który z młodych żeglarzy jest wstanie opisać prawidłowy sposób ich wybijania, lub określić po uderzeniach, którą godzinę oznaczały. Nie ma w tym nic dziwnego - dziś wszyscy mają zegarki, a mało kto ma dzwon. Sam zwyczaj jest też nie tak praktyczny jak ten o wyrzucaniu śmieci po nawietrznej...

Tak mnie dzisiaj naszło, żeby jednak tej tradycji z czasów romantycznych awanturników przyjrzeć. Zobaczmy więc, co na temat bicia szklanek pisze Karol Olgierd Borchardt w kultowej książce "Znaczy Kapitan".

Siaś umiał już wiązać wszystkie węzły, czego my mieliśmy dopiero zamiar się nauczyć. Siaś wiedział, w jaki sposób żeglarze Magellana skracali liny, którymi przywiązywali zwinięty żagiel do rei. Siaś orientował się nawet w zawiłym systemie wybijania godzin na dzwonie okrętowym.

Od wieków na żaglowcach wybijano godziny na dzwonach okrętowych. Gdy zegar zastępowała jeszcze szklana klepsydra z przesypującym się w niej piaskiem, pilnujący jej marynarz co pół godziny - po przesypaniu się piasku - przewracał "szkło" i wybijał na dzwonie okrętowym "szklankę". Znikły klepsydry, zastąpione przez zegary, ale słowo "szklanka" pozostało, niby echo dawnego czasomierza.

Jeno uderzenie w dzwon to jedna "szklanka". Bicie "szklanek" przechodziło historyczne zmiany, stało się wiedzą. Godzinę dwunastą w nocy obwieszczano ośmioma uderzeniami w dzwon. O pół do pierwszej w nocy następowało jedno uderzenie, o pierwszej - dwa uderzenia. I tak dodawano po jednej "szklance" co pół godziny, aż do godziny czwartej.

O czwartej rano bito osiem "szklanek". I znów zaczynano od jednej "szklanki", zwiększając ich liczbę co pół godziny aż do ośmiu - o ósmej rano.

Potem jedna szklanka o pół to dziewiątej - i tak dalej. Nie byłoby może w tym nic trudnego, gdyby nie rok 1797, kiedy to pewnego popołudnia na jednym z okrętów jego królewskiej mości króla Anglii pięć uderzeń w dzwon okrętowy miało się stać hasłem do buntu. Pełniący służbę oficer, który dowiedział się o tym w porę, kazał wybić zamiast oczekiwanych przez spiskowców pięciu "szklanek" - tylko jedną. W ten sposób zdezorientował buntowników, zyskał na czasie i uratował przeciwników spisku. Od tego czasu na wszystkich okrętach jego królewskiej mości o godzinie osiemnastej trzydzieści słychać tylko jedno uderzenie dzwonu, zamiast dawniejszych pięciu.

Siaś - biegły w tym wszystkim - utrzymywał, że dalsze wybijanie godzin przebiegać powinno w sposób następujący: o godzinie dziewiętnastej - dwie "szklanki", o dziewiętnastej trzydzieści - trzy, zaś o dwudziestej znów niespodzianka - jedno ciche uderzenie dzwonu zamiast spodziewanych czterech. Geneza tej z kolei anomalii była następująca: Rozkład zajęć na dawnych okrętach przewidywał w godzinach od czwartej do ósmej po południu ciężką pracę przy pompowaniu wody z przeciekających stale drewnianych kadłubów. Dwugodzinne wachty przypadające na ten okres były tak znienawidzone przez zmęczonych już ośmiogodzinną pracą marynarzy, że służbę od czwartej do szóstej po południu nazywali "pierwszą psią wachtą", zaś od szóstej do ósmej - "ostatnią psią wachtą". Jakby dla zdokumentowania biernej nienawiści, na zakończenie "ostatniej psiej wachty", czyli o ósmej wieczorem, wybijano na dzwonie tylko pojedynczą cichą "szklankę", zwaną "jednym małym dzwonem" (little one-bell).

Tak przynajmniej twierdził Siaś, ale byli i tacy, którzy przeczyli mu powiadając, iż o dziewiętnastej trzydzieści bije się normalnie siedem uderzeń, zaś o dwudziestej - głośnych osiem. Ci dowodzili, że "psia wachta" jest tylko jedna, i to od godziny zerowej do czwartej rano. Siaś uważał ich za niegodnych noszenia marynarskiego munduru.

Na "Lwowie", ku wielkiej boleści Siasia, nie pamiętano ani o wykrytym spisku, ani o "psich wachtach": godziny wybijano na dzwonie tak, jakby owo wydarzenie i stara tradycja nie miały nigdy miejsca. Nawet tradycyjnych szesnaście uderzeń dzwony na pożegnanie Starego Roku i spotkanie Nowego - pierwsze osiem wybijał najstarszy wiekiem na okręcie, bez względu na to czy nosił mundur admirała, czy bosmana, zaś następnych osiem najmłodszy marynarz - "profani", nie mający szacunku dla tradycji, wyraźnie zlekceważyli: oddali tę zaszczytną rolę najmłodszemu na statku oficerowi nawigacyjnemu, który sam wybijał szesnaście noworocznych "szklanic".

Oprócz normalnie wybijanych na dzwonie okrętowym "Lwowa" godzin, bito na nim również tak zwane "klangi". Było to jedno ciche uderzenie w dzwon na dziesięć minut przed mającą nastąpić zmianą wachty. Dawało ono znać, że należy przygotować się do zmiany. Po "klangu", jeszcze przed wybiciem godziny, obie wachty - zstępująca i wstępująca - spotykały się na pokładzie i zdawały sobie służbę.

W czasie wacht nocnych, od zachodu do wschodu słońca, czuwający na oku uczeń po każdym wybiciu godziny obowiązany był sprawdzić, czy palą się lampy pozycyjne umieszczone na baku po obu burtach: z prawej - zielone światło, z lewej - czerwone. Uczeń musiał również sprawdzić, czy wszystkie widoczne dla niego z dziobu żagle i liny znajdują się w porządku i dać o tym wszystkim znać służbowemu oficerowi śpiewnym okrzykiem:

"Na baku wszystko w porządku! Lampy się palą!"

Siaś, dumny ze swej wielkiej wiedzy żeglarskiej, lamentował zawsze, gdy tylko złapał kogoś z naszej trójki nad węzłem, który zupełnie - według jego opinii - nie nadawał się do użycia w danych okolicznościach.

-To nic, że trzyma! - biadał - Jak mogłeś coś podobnego zawiązać? Przecież tyle razy już ci pokazywałem.

Siaś denerwował się dopóty, dopóki się nie przespał. Sen koił u niego wszystko. Był jego specjalnością. Potrafił zasnąć w pół słowa podczas własnego opowiadania. Wystarczyło, by się do czegoś "przyłożył", a natychmiast zapominał o rzeczywistości. Początkowo przerwę w mówieniu uważaliśmy za namyślanie się, ale najczęściej stwierdzaliśmy, że się mylimy, Siaś bowiem spał już snem najzdrowszego dziecka.

Przez Siasia Ojciec Kosko nie wymówił raz swego sakramentalnego "Dobra!" Któregoś dnia, pełniąc służbę na oku podczas "ostatniej psiej wachty", na wybity klang Siaś z zapałem wyśpiewał całą zwrotkę: -Na baku wszystko w porządku! Laaampy się paaalą!

Obie wachty stojące już na zbiórce wybuchnęły śmiechem. Tylko Ojciec Kosko zamiast rzucić jędrne "Dobra!" - milczał. Skoczyliśmy obaj z Dalaj Lamą na bak. W pierwszej chwili skruszony Siaś tłumaczył: -Tylko się "przyłożyłem" do sztagu.

Gdy zaczęliśmy mu wymawiać, jak mógł się "przykładać" pełniąc służbę na oku - Siaś zmienił taktykę i oświadczył, że wydawało mu się, iż jest na porządnym okręcie, na którym na zakończenie "ostatniej psiej wachty" biją tylko jedną "szklankę"

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2018