Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Październikowo-listopadowy rejs na s/y Easy

Piotr Cichy
,
Ilustracja
Jesienny świt.

Piotrek Cichy podesłał całkiem szczegółowy opis naszego jesiennego rejsu na zakończenie sezonu 2011 po Greifswalder Boden. Serdecznie zapraszam do lektury, którą warto później uzupełnić galerią zdjęć dostępną w osobnym artykule.

PS: Tomku, z niecierpliwością czekamy na zdjęcia z twojego aparatu!

Już po raz drugi wspólnie kończymy sezon na małym jachcie s/y Easy ze Świnoujścia. Paweł, Olga, Tomek i Cichy, czyli ja. Piszę wspólnie, ponieważ w zeszłorocznym rejsie brały udział trzy osoby z obecnej załogi.

002.jpg
Głośnym rykiem żegnał nas "buczek" mgielny

Mieliśmy do zagospodarowania pięć dni. Głównym celem rejsu był niemiecki port Stralsund, a po drodze tam i z powrotem sprawa stała otwarta i wszystko wyszło na bieżąco. W sobotę wczesnym popołudniem opuściliśmy Świnoujście, żeby z zapowiadanym rosnącym wiatrem z południowego wschodu dopłynąć do Niemiec. Jednak prognoza to tylko prognoza i z zapowiadanego wiatru nici. Od czasu do czasu słaby podmuch, a tak przez cały czas cisza. Do tego gęsta mgła, która pod wieczór jeszcze bardziej zgęstniała. Na silniku i zupełnie po omacku dotarliśmy do portu na wyspie Ruden na początku farwateru na Greifswalder Boden. A po założeniu cum pogoda zrobiła nam psikusa. Przyszedł lekki wiatr i mgła całkowicie się rozwiała. Z falochronu mogliśmy dokładnie obejrzeć wszystkie pławy, jakie mijaliśmy po drodze tutaj, a których sporej części nie widzieliśmy podczas żeglugi. Zostaliśmy jednak w porcie, by przy dźwiękach gitary wspominać miniony dzień.

040.jpg
Wyspa Ruden

Rankiem zwiedziliśmy to, co było do zwiedzenia na wyspie - ścieżka na skraju lasu i między nielicznymi zabudowaniami i popłynęliśmy dalej. Dziś już wiatr był korzystniejszy, widoczność także. Zaraz "za winklem" Ruden postawiliśmy więc żagle i bez szczególnych wydarzeń (poza pysznym obiadem przygotowanym przez Olgę) dopłynęliśmy do miasta Stralsund. Niestety tylko do miasta. Na skutek bezstresowej i niespiesznej żeglugi okazało się że trochę spóźniliśmy się na otwarcie mostu, a najdogodniejszy port do cumowania jest po drugiej jego stronie. Plan awaryjny w postaci portu na wyspie Dänholm okazał się zupełnie nieoświetlony nawigacyjnie. Tym razem, ze względu na mały margines błędu, czyli liczne mielizny, nie ryzykowaliśmy i zacumowaliśmy blisko mostu. Wszystkie nabrzeża były objęte zakazem cumowania, więc wybraliśmy to, gdzie znak był najbardziej wyblakły. Trafiliśmy do Nautineum - Muzeum Morskiego na wyspie Kleiner Dänholm. Korzystając z okazji obejrzeliśmy eksponaty wystawione na świeżym powietrzu, a gdy zaczęła zbliżać się godzina ponownego otwarcia mostu, opuściliśmy to miejsce. Tym razem bez przeszkód dotarliśmy tam, gdzie trzeba.

106.jpg
Stralsund warto było odwiedzić

Kolejny dzień znów zaczęliśmy od spaceru po okolicy. Nie ma tu miejsca na przewodnikowe opisywanie zabytków, ale na pochwały uroku miasta - jak najbardziej. Sezon zakończył się już dawno, więc tłumów nie było. Jedynie kilka osób poza nami przemierzało ulicę dużej, imponującej starówki Stralsundu. Tu też przygarnęliśmy do załogi małą, porzuconą panterę, którą ochrzciliśmy imieniem Tygrys. Nieprawdopodobne? Zdjęcia wszystko wyjaśnią. Tygrys to wyrzucona z domu, lekko uszkodzona figura ceramiczna. Znalazła jednak miejsce w naszej załodze. W południe wyruszyliśmy w drogę powrotną. W prognozie raczej słabe wiatry, więc plany opłynięcia Rugii dookoła trzeba było odłożyć na kiedy indziej. Popłynęliśmy tą samą drogą, jaką przybyliśmy. U wejścia na Zalew Greifswaldzki znów skończył się wiatr. Pocieszeniem był fakt, że było bardzo ciepło, jak na tą porę roku. Upałów nie było, ale 12°C to rzadko spotykana temperatura na Bałtyku późną jesienią. Do tego często pojawiało się słońce, a parę kropli przelotnego deszczu nie wymagało nawet założenia sztormiaków. Na silniku doczłapaliśmy się do Lauterbach. Mimo, że już od dawna było ciemno, to jednak była dopiero godzina 20. Późna jesień robi swoje. Tym razem obeszliśmy miejscowość przed pójściem spać. I dobrze się stało, bo rano nie mielibyśmy już takiej możliwości. Chociaż nie było tu nic szczególnego, takie tam miasteczko, to jednak przyjemniej jest obejrzeć miejsce gdzie się cumuje.

120.jpg
"Tygrys"

A rano musieliśmy szybko odpłynąć z dwóch powodów. Po pierwsze kolejny zaplanowany port na naszej trasie to Dziwnów - 55 mil przelotu. Po drugie spotkany Niemiec powiedział, że stoimy przy prywatnej kei, w prywatnym jachtklubie i musimy odpłynąć. A więc niemalże o świcie, o godzinie ósmej odpłynęliśmy. Dzień do żeglowania wspaniały. Początek listopada, na niebie słońce, ciepły wiatr południowo-wschodni i 5 węzłów na logu. Właśnie jest 1 listopada. Aby uczcić święto, równo w południe wrzucone zostały symboliczne kwiaty za wszystkich zmarłych, których nie mogliśmy dziś odwiedzić przy grobach. Oczywiście przed wyjazdem, odbyliśmy wizyty na cmentarzach, ale święto to święto. Dzień szybko zmienił się w noc i pod gwiazdami tym razem późno, bo grubo po północy dohalsowaliśmy się do Dziwnowa.

146.jpg
Spotkamy się wszyscy tam w Fiddler's Green.

Nadszedł ostatni dzień krótkiego rejsu. Niestety już nie było tak ciepło jak do tej pory. Przejmujące zimno i mgła. Wiatr początkowo wystarczająco silny, żeby efektywnie płynąć w dobrym kierunku niestety często słabł. W efekcie ostatnie mile przepłynęliśmy od czasu do czasu wspomagając żagle silnikiem. Pod Świnoujściem znów nawigacja na słuch i koniec. Jeszcze tylko ostatni klar na pokładzie, zdanie jachtu i pora wracać do domu. Można powiedzieć, że był to jeden z bardziej udanych rejsów tego sezonu. Chyba podobne zakończenie sezonu w listopadzie na stałe wejdzie do naszego kalendarza.

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2017