Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Opowieść o Janie Kunie, korsarzu.

Ammiszaddaj
,
Golden Hind autorstwa Montague Dawson
Montague Dawson "Golden Hind"
Copyright © The Mariners' Museum, Newport News, VA, 2004

Gawęda, cz.2

Salomon White już od dawna narzekał na brak szczęścia. Dowodząc na "Ibexie" już dawno nie natrafił na znaczniejszy pryz, który by go wyrwał z ciężkiej sytuacji materialnej. Był armatorem swojego statku w dwunastej części i do tego jeszcze musiał pokrywać z własnych przychodów wydatki bieżące, naprawy i zaopatrzenie swojej jednostki. Taką zawarł niegdyś umowę i nie mógł od niej odstąpić. Był mężczyzną w sile wieku, podchodzącym pod pięćdziesiątkę, ale czuł się lepiej niż nie jeden trzydziestolatek. Miał nawet odłożone w Towarzystwie Skarbca Królewskiego dość pokaźną sumkę funtów. Ale naruszyć zgromadzony kapitał, nie sięgnąwszy nawet pół wieku? Wzdrygał się na tą myśl, jak i na fakt, że gdyby nie ów butny młodzieniaszek niechybnie by to nastąpiło. Uważał jednak taki postępek za najgorszą zbrodnię. Większą nawet od darowania życia spotkanym papistom, których serdecznie miłował i dla odpokutowania ich grzechów wycinał w pień całe załogi...

Cóż, fakt że popełniali wiele zła, wyznając błędną wiarę, nie słuchając napomnień protestantów, ale ich własna krew przelana przez tak wierzącego człowieka musiała im otwierać drogę do nieba. "A zresztą - niech ich piekło pochłonie!" - dorzucił po chwili i przeżegnał się nabożnie. Od spotkania dwóch okrętów minęło wiele lat. Mniej lub bardziej, ale szczęśliwych. Jego towarzysz po otrzymaniu listów kaperskich od królowej dzielnie sprowadzał to szczęście. Już się nie zdarzyło, żeby "Ibex" wracał z pustymi ładowniami. Fakt nie było tego sporo, ale jakoś dawało się wyżyć. Sława zaś zwinnego "Zephyra" sięgała coraz szerzej. Jego kapitan, przemianowany przez angielskich urzędników na Jana Martena - tak przetłumaczyli jego nazwisko, co w rozumieniu angielskim znaczy tyleż samo - kuna, stał się potężnym mężczyzną, doskonałym kompanem i świetnym strategiem. Bywał jednak porywczy i miał bardzo nieprzyjemny zwyczaj - darowania życia załogom zdobytych okrętów. Doszli jednak do pewnego kompromisu, White starał się "zbawić" jak najwięcej papistów w trakcie abordażu, a Marten reszcie pozwalał o dpłynąć w szalupach. Zdarzyło się tedy, że pewnego lata zapuścili się pod same brzegi portugalskie. Z racji na swoją niedoścignioną szybkość i zwinność "Zephyr" wysforował się daleko do przodu. Koło południa wszystkich z normalnego rytmu bezczynności wyrwał krzyk marynarza stojącego w bocianim gnieździe. "Żagle na horyzoncie!" Istotnie, przez lunetę dostrzegł Jan drobną plamkę płótna na horyzoncie... i wtedy coś błysnęło w szkłach i statek chował się cały w chmurze czarnego dymu. Chwilę później przez morze przetoczył się głęboki, stłumiony huk wystrzału. "Bitwa!" - pomyślał i postanowił się skierować w tamtą stronę, gnany ciekawością kto też tym razem zasili szeregi floty Neptuna. Chwilę później dało się już dostrzec cztery kształty okrętów. Jeden (portugalski) stojący w dryfie, ze zmiecionymi żaglami, nieco z boku i jeszcze dwa, hiszpańskie - okrążające niedużą jednostkę z powiewającą banderą królowej brytyjskiej i Jolly'm Rogger'em na topie. Marten jednym spojrzeniem ocenił sytuację - jego kapitan nie miał żadnych szans... Drugi rzut oka upewnił go w innym stwierdzeniu - "Ibex" nie zdąży przybyć na pomoc. Zwykle nie rzucał się do walki, jeśli przeciwnik był silniejszy i wynik nie był z góry przesądzony, lub gdy nie mógł liczyć na wsparcie. Tym razem jednak postanowił zaryzykować. Stał teraz tuż za plecami sternika i patrzył jak zwinna złota kuna wspinała się po maszcie, aż załopotała na jego topie. Liczył, że to odciągnie choćby jednego z prześladowców od jego kamrata. Jednak Hiszpanie postanowili chyba wykończyć pierwszą ofiarę, a później wziąć się za tego, który ośmielił się przyjść mu z pomocą... Podziwiał również spryt kapitana angielskiego, który tak wymanewrował, że galeony wroga nawzajem się osłaniały - nie mogąc użyć swoich dział, bo przy chybionej próbie pociski mogły ugodzić drugą jednostkę. Wiedział jednak, że taka sytuacja nie długo się utrzyma i za chwilę "Golden Hind" (Złota Łania - odczytał z burty nazwę angielskiej karaweli) wyjdzie z cienia Hiszpana i wtedy będzie za późno... Widać jednak, że oprawcy nie docenili szybkości idącej na pomoc jednostki i zbyt późno się zorientowali w sytuacji. Jeden z galeonów plunął ogniem w stronę złapanej w potrzask łani - chybił. Drugi natomiast zaczął łagodnym łukiem okrążać Zephyra. Stąd już gołym okiem było widać, że Anglik poniósł dość pokaźne straty... Jednak nie to było teraz ważne - idąc mu na pomoc, teraz sam Marten znalazł się w nieciekawej sytuacji. Jeszcze jeden rzut oka na "Ibexa" - dużo za daleko... Zdecydował się przejść tuż koło jeszcze dymiącego okrętu i skierować się na kolejny z nadzieją, że puszkarze nie zdążyli jeszcze przeładować dział po niecelnej salwie. Gdy statki zrównały się i szły chwilę burta w burtę grad kul z muszkietów trzykrotnie większego Hiszpana upewnił Martena o trafności swych przypuszczeń. Wykręcił na wiatr, tuż za rufą bezradnego przeciwnika i obrał kurs na drugiego z nich. Po chwili już go wyprzedzał - ryknęło i po wodzie przetoczyły się kule z wszystkich prawo burtowych dział "Zephyra". W odpowiedzi przerażeni celowniczy wśród wybuchów i śmierci oddali swój ostatni strzał - wysoko ponad masztami swego kata... Minięty przed chwilą okręt papistów zdążył w tym czasie zrobić zwrot i pełnym kursem pruł w burtę Martena. Jakież było zdziwienie Hiszpanów, gdy "Zephyr" pod wprawną ręką swego kapitana zawiną się w miejscu i starł z nimi burtą. Nie mogąc uwierzyć, dlaczego nie przejechali przez śródokręcie małego statku nawet nie otworzyli ognia z muszkietów... Nim wyszli z zadziwia już banda dwudziestu paru korsarzy, z iście piekielnym wrzaskiem wdarło się na pokład "Castro Verde". Młody porucznik, który ośmielił im się zastąpić drogę natychmiast został rozrąbany toporem Francisa od czubka głowy po pas. Oniemiali z przerażenia żołnierze hiszpańscy padali jak muchy, pod razami napastników. Gdy jednak kolejny oddział wysypał się z tylnego kasztelu w oczy dzielnych marynarzy "Zephyra" zajrzała śmierć. Krótka chwila zastanowienia "Tam!" - wskazał bosmanowi zamknięte drzwi przedniego kasztelu. Te szybko puściły pod wprawnymi razami toporów co roślejszych oficerów. Natarli na wojsko stłoczone tam i karczowali sobie niejako drogę do wewnątrz - Marten jeszcze pomyślał o pozostałych chłopcach okrętowych i jednym sterniku na "Zephyrze": "nie mają tyle szczęścia co my, trafią do niewoli"... Stłoczone w kubryku odziały papistów z zupełnie bezużytecznymi tu halabardami padali, poddawali się, rzucali broń i ginęli wśród morza krwi... Przez jakiś bulaj ktoś zobaczył nadpływający kształt "Ibexa" - nowy duch wstąpił załogę dawnej polskiej galeony. Każdy z obłędem w oczach i dzikim rykiem "Vivat Jan Marten!" ruszył rąbać wroga na zewnątrz. Niespodziewanie na zaszokowanych tym nagłym zrywem halabardników wypadł przez burtę drugi oddział oberwanych potępieńców. Tego już było za wiele - "Castro Verde" skapitulował. Gdy obie korsarskie załogi spotkały się oko w oko Jan, nieprzywykły do rozmawiania z równymi rzucił drwiące pytanie - "Kto tu dowodzi". Gdy z grupki wyłonił się niezbyt pokaźnych rozmiarów mężczyzna ten zmierzył go spojrzeniem wyższego i już miał cos powiedzieć, kiedy tamten mu przerwał. "Kto się wmieszał w moją bitwę" W odpowiedzi usłyszał gromki śmiech i nakaz opuszczenia pokładu pryzu. Wyraz twarzy wyższego kapitana dawał do zrozumienia, że jest gotów rozpocząć kolejną bitwę o ten okręt. Mniejszy uśmiechnął się nieznacznie i rzekł "Jestem Francis Drake, kapitan "Golden Hind"!" Martenowi, aż pociemniało w oczach...

Od autora:

Opowiadanie powstało na przełomie 2005/6 od tego czasu wiele się zmieniło, pewne rzeczy zrozumiałem, jednak postanowiłem nie zmieniać treści raz napisanej... Nie miejcie żalu o to, że kiedyś nie miałem brody i wiedzy jaką może mieć powinienem.

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2017