Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Opowieść o Janie Kunie, korsarzu.

Ammiszaddaj
,
Golden Hind autorstwa Montague Dawson
Montague Dawson "Golden Hind"
Copyright © The Mariners' Museum, Newport News, VA, 2004

Gawęda, cz.1

...więc dobrze opowiem ci o dzielnym korsarzu, którego ani kule ani huragany się nie imały. Którego statek fale niosły w dal i najlżejszy nawet podmuch wiatru porywał do tańca. Maciej Kuna, bo o nim mowa korsarz, kaper Rzeczypospolitej Polskiej od lat swojej młodości dowodził i był armatorem "Zephyra" (wespół z jego konstruktorem). Konstruktor ów jednak i architekt popadł w długi nie z własnej winy i musiał odsprzedać swoją część armatorstwa galeony, którą sam budował... A cóż to był za statek: smukłe maszty sięgające do nieba, płachty żagli bielsze od obłoków, smukła linia, idealne kształty... Istna kobieta bym powiedział. Dumnie niosła czy z wiatrem to czy pod wiatr banderę swojego kapitana - złotą kunę rozciągnioną w skoku na tle czarnym jak noc...

Zdarzyło się tedy, że razu pewnego wracając z łupami z bałtyckiego morza. Na kei spotkał Maciej w Mieście Wolnym Gdańsku kobietę piękniejszą nawet niż mógł sobie wyobrazić. Również ona zwróciła uwagę na potężnego mężczyznę, w kapeluszu z rondem zakrywającym pół twarzy. Maciej do Anny się odezwał, a jej dźwięczny głos oczarował go bez reszty. Groźny i nieustraszony korsarz uległ jednemu spojrzeniu jej brązowych, głębokich oczu świecących niczym gwiazdy...Po zaślubinach, piękna Anna dała mu mężnego syna. Kropla w kroplę wrodzonego w ojca. Prawie od samej kołyski umiał żeglować i w lot chwytał arkana sztuki, którą do perfekcji opanował jego ojciec. Jednak Gdańsk nie bardzo był przychylny kaperskiej flocie Króla Polskiego. Skłaniał się natomiast ku współpracy ze Szwedem - znienawidzonym i tępionym... O ileż to okrętów szwedzkich zatopił Zephyr, ileż to razy w ostatniej chwili uchodził przed ciosami tych, które innego by dosięgły... Ileż to razy pluł bezczelnie w burty i rufy Holsztyna ogniem swych dział - posyłając jego ludzi aż na dno. "Tam gdzie sześć błota stóp..." Ileż to razy potężny ryk salwy zwiastował śmierć i hańbę wrogowi. Wracając zasię do Gdańska, coraz częściej wbijającego nóż w plecy polskim okrętom. Więc zdarzało się nierzadko, że senat będący pod silnymi wpływami gotówki szwedzkiej - senat Wolnego Miasta Gdańsk, oczywiście - nakazywał aresztow ania okrętów, a ich załogi więził po lochach lub na pokładzie zakutej w łańcuchy jednostki. Coraz częściej też podnoszono u wyjścia z portu łańcuch blokujący żeglowność. Nie pomagały żądania, groźby ani prośby Króla Polskiego tak szeroko płynęło szwedzkie złoto w trzosy gdańskich urzędników, szlachciców i mieszczan. Nie pomagały nawet groźby sprzymierzonej z polską Francji... Aresztowano także i "Zephyra". Smutne to były miesiące - po Bałtyku panoszyły się tylko północne jednostki. Lecz na wieść o wysłaniu przez Francję ambasadora do Gdańska zaświtał promyk nadziei. Wtedy to pierwszy raz dwóch kapitanów pomyślało o ucieczce ze zdradzieckiego portu. W oczekiwaniu na przybycie owego przedstawiciela Republiki Frankońskiej, postanowili oni ukryć się na wodach Bałtyku. Pewnej więc nocy w Gdańsku, w porcie - tak, gdzie stały strażnice podnoszące łańcuch wybuchły pożary. Nie wiadomo również czemu w innych dzielnicach wybuchły tej samej nocy zamieszki spowodowane przez bandę pijanych marynarzy... W powstałym zamieszaniu ktoś opuścił łańcuch i dwa okręty wymknęły się unosząc na podniesionych żaglach łunę pożarów portowych... Niestety jednak nie pozostało to bez echa w samym Gdańsku, wzbudziło gniew i pragnienie zemsty. Żonę kapitana tak zdradzieckiej jednostki oskarżono o czary i w kilka dni po sławetnej ucieczce "Zephyra" i "Galana" Annę Kuna spalono na stosie... Ambasadora Francuskiego nie wpuszczono do Gdańska, a okręty szwedzkie zdwoiły wysiłki w likwidowaniu resztek polskiej floty kaperskiej. Po spotkaniu się "Zephyra" i "Galana" z francuską jednostką postanowiono, że zostaną włączone jako eskorta ambasadora. W ten sposób miały opuścić Bałtyk, na którym i tak już nie mogły pozostawać. Tego dnia Maciej kuna z ciężkim sercem pożegnał żonę, Ojczyznę i morze, które tak umiłował... Miał jednak dorastającego i dzielnego syna, który zapowiadał się nie gorszym kapitanem jak jego ojciec. Gdy trzy okręty dopłynęły do cieśnin zachodniego Bałtyku Szwedzi zażądali ustawienia załóg polskich jednostek na pokładach i zamknięcia okien strzelniczych na pokładach artyleryjskich - tylko na takich warunkach zgodzono się przepuścić eskortę przez silnie strzeżoną cieśninę. Szwed jednak jak to miał w zwyczaju nie raz zwykł zdanie zmieniać - mówią obietnice szwedzkie bardziej niestałe niż kobieta w swej przewrotności. W najwęższym miejscu zażądano od okrętów stanięcia na redzie i odczekania na szwedzką eskortę, która miała ich przeprowadzić na Morze Północne. W porę spostrzegł się tylko Maciej i nie usłuchawszy nakazu - plunął ze wszystkich luf do najbliższej jednostki. Gdy rozwiał się dym zobaczył po drugiej swej burcie tonących towarzyszy. Dwa okręty poszły na dno wzięte w ogień krzyżowy szwedzkich galeonów. Na nic zdało się wykonanie żądań, na nic cała załoga stała pod masztem. Wszyscy zginęli nie mogąc nawet podjąć walki o chwalebną śmierć. Okaleczony zaś "Zephyr" tocząc zażarte boje zdołał wywalczyć sobie drogę na Morze Północne i tam schronić się w jednym z rybackich portów. Portów, które serdecznie nie znosiły Szwedów. Gotowe na wszystko byle ich do siebie nie wpuścić - kilka lat "Zephyr" spędził wojując na czarnych i zimnych wodach tego burzliwego morza. Niestety i tu nie zaznał spokoju. Szerzący się ferment rewolucyjny i reformacyjny w Europie zawitał i tutaj. Zaczęły się walki wyznaniowe, walki o wpływy Francji, Anglii, Szwecji i Hiszpanii, o drobniejszych władcach miejscowych nie wspominając... Otworzyła się też kolejna szansa - kolejny list kaperski, kolejny protektorat - tym razem francuski i ... kolejny pech. Idąc na żaglach do Francji pewnego świtu na, kilka mil przed Kanałem La Manche w gęstej, porannej mgle okrążyły "Zephyra" trzy hiszpańskie galeony... Hiszpan jak wiadomo wróg zaciekły Francji i reformacji nie wzgardził kąskiem, choć "Zephyr" był małą i skromną jednostką. I znowu zaczęła się rozpaczliwa walka, w której "Zephyr" skazany był na porażkę... Jego zwinność i zwrotność oraz doskonałe umiejętności kapitana w ocenie sytuacji, jak i załoga doskonale wyszkolona i gotowa na wszystko spowodowały, że pomimo zaskoczenia to "Zephyr" oddał pierwszą salwę zmiatając maszty i reje najbliższego z galeonów. Cóż to jest jednak wyeliminowanie jednego wroga... Ogień dwu innych nie oszczędził masztów kaperskiej jednostki. Posypały się w drzazgi reje, porwały się żagle. Tym razem jednak szczęście opuściło dzielnego kapitana. Jedna z rei spadając na pokład raniła śmiertelnie sternika i rozpłatała głowę Maciejowi. Śmierć zawitała przy kole sterowym, a jej długi cień położył się nad całym pokładem "Zephyra". Na okręcie zapanowała grobowa cisza i czas jakby się zatrzymał... Nie długo to jednak trwało - młody, zaledwie 16-sto letni Jan Kuna, armator (w spadku) po ojcu okrętu zdołał pozbierać w sobie resztki odwagi i objąć komendę, załoga zaś - stare wilki morskie bez słowa poddała się nowemu kapitanowi - bez mrugnięcia okiem drapali się na maszty, wciągając zapasowe reje, pod gradem kul z hiszpańskich muszkietów. Doskonale wiedzieli, że tylko w ten sposób mają szansę umrzeć godnie - w walce, a nie iść w straszliwą niewolę okrutnych cabaleros... Nie dane jednak było młodemu kapitanowi umrzeć. Nie wiedzieć czemu śmierć zadrwiła sobie niejako z niego, wystawiając go na próbę i przed wcześnie wprowadzając w świat dorosłych. Od pewnego czasu na zachodzie było widać białą plamkę - jakby drobny łabędź unosił się daleko na wodzie, która ciągle rosła i rosła aż stała się sylwetką okrętu... Angielskiego okrętu, a na jego topie dumnie powiewał Jolly Roger. Kapitan jego już od dłużnego czasu przypatrywał się przebiegowi nierównej bitwy i podziwiał dowódcę małej jednostki. Wrodzona niechęć do Hiszpanów, potęgowana jeszcze rozbieżnościami religijnymi, ciekawość i wreszcie nadzieja na pryz sprawiły, że zdecydował się wmieszać do walki. Podniósł również czarną banderę, żeby zwrócić na siebie uwagę łowców i odciążyć oblężoną jednostkę - dając jej czas na dokonanie potrzebnych napraw. Hiszpanie jednak tak zajęci swoją ofiarą za późno spostrzegli nadpływający okręt... O jakież było ich zdumienie gdy wyrąbał im dziurę w przeciwległej burcie potężną salwą wszystkich swoich kartaunów... Wspólnymi siłami, nie dość, że pokonali nieprzyjaciela, to jeszcze dwa z jego okrętów wzięto abordażem. Kapitanem okrętu, który tak niespodziewanie przyszedł z pomocą dzielnemu "Zephyrowi" był Salomon White, korsarz Jej Królewskiej Mości Elżbiety. Królowej Anglii, Walii, Szkocji etc. etc. To za jego namową młody Jan Kuna zdecydował się na służbę we flocie angielskiej - obiecując sobie jednocześnie kiedyś do ukochanej Ojczyzny powrócić. Gdy wchodzili do londyńskiego portu witano ich z niedowierzaniem. Niektórzy przecierali nawet oczy ze zdumienia. Oto mały, nieznany, stateczek, o idealnej linii i masztach nieproporcjonalnie wysokich, o dziwnie brzmiącej nazwie "Zephyr" szedł z dumnie podniesioną Złotą Kuną na topie grot masztu. Obok, niewiele większy od niego płynął "Ibex" a za nimi dwa potężne galeony - każdy przewyższający swoimi rozmiarami co najmniej trzykrotnie jednostki korsarskie. Każdy obsadzony ponad trzystu wyborowymi żołnierzami hiszpańskimi i co? Zdobyte przez garstkę korsarzy - zaledwie 60 ludzi w sumie na obu zwycięskich statkach...

Od autora:

Opowiadanie powstało na przełomie 2005/6 od tego czasu wiele się zmieniło, pewne rzeczy zrozumiałem, jednak postanowiłem nie zmieniać treści raz napisanej... Nie miejcie żalu o to, że kiedyś nie miałem brody i wiedzy jaką może mieć powinienem.

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2017