Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Tajemnicze zniknięcie Thomasa

Ammiszaddaj
,
Taj Mahal by Amal Mongia
Autor: Amal Mongia,
licencja cc-by-sa-2.0

Wspomnienia z Indii, cz.2 (przeczytaj cz.1)

Od trzech dni siedzieliśmy w tutejszym motelu i kiedy już straciliśmy nadzieję na odnalezienie jakiegoś śladu Thomasa, kelner w barze (jedynym w tym mieście) przyniósł nam kopertę. ''Od tamtego brodatego mężczyzny przy stoliku na zewnątrz...'' - powiedział. Rzuciłem okiem w tamtą stronę, a Shindu, który siedział plecami do okien zapytał co widzę - nie odwracał się... "Właściciel białej, bujnej brody i nadawca tego listu siedzi w ogrodzie i popija... chyba herbatę tybetańską, sądząc po kolorze. Wydaje się nie wiedzieć o naszej obecności. Ubrany w biały turban i takie same ubranie, wygląda jakby się urwał z Muzeum Lat Minionych..."Albo mi się wydawało, albo dostrzegłem w oczach Shindu ukrywany błysk. Teraz dopiero obejrzałem kopertę. Wyglądała na wiekową, nawet jak na tutejsze realia. "Takie koperty wycofano z obiegu czterdzieści lat temu" zauważył mój towarzysz i rozerwał delikatnie jej brzegi. Przeleciał wzrokiem tekst i powiedział coś (jakby do siebie), czego nie zrozumiałem, zaraz jednak nieco zmieszany wrócił na zrozumiały język. "Napisana po angielsku, ale nikt już nie pisze takim pismem. Kaligraficzne, ozdobne litery wyszły z mody i umiejętności dekady temu". Treść głosiła, że jej wysokość Maharini Alvaru zaprasza przyjaciół Thomasa w gościnę i informuje, że nie mógł on dłużej czeka na nas czekać, a w Alvarze czeka na nas list pisany jego ręką... Mamy się tam udać z jej służącym, który nam wręczył tą kopertę."

Spojrzeliśmy na siebie jakby pytając co mamy robić. Jeszcze raz przeleciałem wzrokiem list. Nadzieja mówiła jedno - "jechać" ale rozum krzyczał - "pułapka". Decyzja - i już siedzieliśmy przy stoliku na tarasie, słuchając nieprawdopodobnej historii. Tak nierealnej, że w innej sytuacji parsknąłbym śmiechem, ale teraz był drobny szczegół, a właściwie przedmiot, który sprawiał, że nie było mi do śmiechu... Złoty sygnet z rubinem i przewiązana na nim karteczka. Pamiętam ten antyk - Thomas wygrzebał go kiedyś przypadkiem na jakimś pchlim targu. Przechadzaliśmy się wtedy razem szukając czegoś, co można by wysłać jako upominek na urodziny mojej siostrzenicy. Nagle się zatrzymał, zapytał o jakiś przedmiot i bez mrugnięcia okiem dał sprzedawcy żądaną sumę. Potem mi powiedział, że to jeden z klejnotów rodzinnych jakiegoś tam indyjskiego maharadży - nigdy się nie rozstawał z tym sygnetem.

A teraz? Teraz trzymam go w ręce i skrawek papieru z nakreślonymi jego charakterem pisma literami "Thomas Highmoor". Nie wiem, czy kiedykolwiek takie zdziwienie się malowało na mojej twarzy jak wtedy, gdy ów Brodacz wyciągnął go z kieszeni i powiedział "to dowód, jakiego wam trzeba"... Może to wpływ herbaty, może atmosfera Indii, ale chyba mu uwierzyliśmy (lub chcieliśmy wierzyć) i jeszcze tego samego dnia siedzieliśmy z nim na wozie zaprzęgniętym w dwa konie. Słońce przygrzewało, nie było czuć prawie żadnego powiewu wiatru a po niebie leniwie płynęły białe obłoki. Nie wiem jak, ale w pewnym momencie wątek rozmowy z Brodaczem mi się urwał i poczułem mocne szarpnięcie za ramię... Rozejrzałem się w około błędnym wzrokiem i, dopiero po dłuższej chwili, dotarło do mnie, że dzień już zmierzchał powoli a zarośnięta twarz woźnicy szczerzyła się dom mnie w szczerbatym uśmiechu. Jeszcze nie bardzo pojmowałem co się stało, ale właśnie spostrzegłem, że Shindu również śpi - wyciągnięty na naszych bagażach.

"Aleście się pośpili..." zaczął sprawca całego zamieszania "...aż nie miałem serca was budzić. Dojeżdżamy właśnie na miejsce..." i wybuchnął śmiechem tak ogromnym, że prawie spadł ze swojego siedzenia. Nie to jednak było teraz moim zmartwieniem... "co nas tak uśpiło, nie bardzo wiem gdzie jesteśmy, ciekawe czy coś nie zginęło przypadkiem z naszych bagaży, dokumentów?" I znów jakiś czar tego miejsca nie pozwolił skoncentrować myśli bo wjechaliśmy właśnie do jakiejś miejscowości... Miejscowości całkiem innej od wszystkiego co do tej pory widziałem . Siedziałem na wozie z wytrzeszczonymi oczami i rozdziawionymi jak szeroko ustami - jak dziecko. Musiałem wtedy wyglądać przekomicznie. Miałem wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie... Stroje ludzi dookoła, domy, sklepy, język... Brak samochodów.

Zajechaliśmy naszym wozem pod bramę wspaniałego, wielkiego ogrodu. Znajdował się on za miastem, a my, przejeżdżając przez nie, stanowiliśmy nie małą atrakcję, choć każdy starał się ukryć swoją ciekawość. Teren otoczony wspaniałym, zdobionym płaskorzeźbami murem z białego kamienia. Przy bramie stało dwóch wartowników, w dawnych, pomarańczowych mundurach. Uzbrojeni w muszkiety i długie, zakrzywione noże przepuścili nas bez mrugnięcia okiem, gdy tylko Brodacz coś im szepnął. Szliśmy dalej szeroką aleją wysadzaną po bokach cyprysami i prowadzącą przez cały teren aż do potężnego i równie pięknego co reszta okolicy pałacu. Wysokie białe mury zwieńczone złotymi kopułami, wszędzie zdobienia zapierające dech w piersiach. Powiecie "kicz", ale to nie prawda, a całość w połączeniu z tajemniczą atmosferą i zapachem tych wszystkich egzotycznych kwiatów wypełniającym powietrze naprawdę robiło wrażenie. Brodacz pokazał nam domek-apartament znajdujący się na uboczu, w zacisznej i mało uczęszczanej części ogrodu.

"Rozgośćcie się, szlachetny sahibie, i ty mój drogi przyjacielu. Jej Wysokość, Maharini Alvaru przyjmie was jutro i osobiście przekaże list od sahiba Thomasa. Myślałem, że nie wytrzymam ze śmiechu - nie wiedziałem czy mu odbiło, czy z nas kpi. Od lat bowiem określenie "sahib" przestało oznaczać szanowanego białego, a stało się raczej wesołym mianem zawierającym kropelkę drwiny... On jednak powiedział to z takim namaszczeniem, że nie do pojęcia była jego intencja. A Shindu przecież widział pierwszy raz w życiu... Czyżby? Przypomniałem sobie ten błysk w jego oku, gdy opisywałem Brodacza... Dość, że czułem się jak ktoś zagubiony w czasie i własnych domysłach. Również mój hinduski towarzysz nie wiedział co o tym wszystkim myśleć... Kiedy weszliśmy do naszej małej willi zastaliśmy wszystko jak się można było spodziewać - wystrój wnętrza sprzed wieku, w srebrnej misie na stole leżały świeże owoce... Znaleźliśmy nawet ubrania z epoki. Najwyraźniej to nowa nadzieja na znalezienie Thomasa, przecież na pewno nie ilość wypitego słodkiego wina - sprawiła, że emocje z nas ze śmiechem i przebraliśmy się w przygotowane dla nas stroje...

Nazajutrz po wyśmienitym śniadaniu, przyniesionym przez służbę, zjawił się Brodacz i oznajmił, że cieszy się widząc nas w "odpowiednim ubraniu", i że Maharini nas oczekuje. Teraz mieliśmy okazję zobaczyć wspaniałości wnętrz pałacowych... Niestety, tego co ujrzałem nie sposób opisać, a wrażeń nie da się zamknąć w żadne słowa. Drugim (w może pierwszym) powodem braku opisu siedziby księżnej jest jej osobista prośba... Udało jej się utrzymać w Alvarze atmosferę z lat minionych: szczęśliwych, spokojnych, wolnych od pogoni za pieniądzem. Udało jej się zmniejszyć biedę najuboższych do stopnia zadowalającego. I to co najważniejsze... sprawiła, że Alvar jest ogólnie znany pod inną nazwą, prawie nikt z zewnątrz nie wie jak tu jest naprawdę. Dzięki temu jeszcze się nie znalazł nikt, kto chciałby zniszczyć to piękno i zburzyć harmonię jaka panuje w tym miejscu... Spełniam więc swoja obietnicę i opisuje tylko pewne sytuacje, a pełnego obrazu tego co tu przeżyłem musi wam dostarczyć wyobraźnia, bo mnie nie wolno...

Pierwsze przyjęcie w Sali audiencyjnej zostanie mi w pamięci na zawsze. Wielkie pomieszczenie, inkrustowane meble, ściany całkowicie zasłonięte atłasem - bledły przy samym tylko otoczeniu Maharini. Przyjmowała nas sama - bez męża, rozmawialiśmy w neutralnym języki angielskim. Jej Wysokość była ubrana w przebogate szaty, gęsto przetykane złotymi nićmi, wszyte rubiny, brylanty i diamenty - kryształy obrobione i całkiem naturalne - dodawały jej jeszcze blasku. Na głowie miała złoty diadem. Na tak wspaniały stój musiałbym chyba całe życie zarabiać. Siedziała nie na tronie (nie wyobrażam sobie jak mógłby wyglądać, skoro to było tylko krzesło...), a u jej nóg leżała, potulna przy swej pani jak baranek, aksamitnie czarna pantera... I znów, wszystkie doznania związane z tym widokiem bledły przy spotkaniu z jej urodą. Maharini była nieco niższą ode mnie, szczupłą, wysportowaną i młodą kobietą. Usta miała zakryte, jak przepisy nakazywały, ale włosów nie ukrywała. Nie sięgające ramion, jasny blond, w naturalne pasemka odbijały się kontrastem w jej oczach, których piękna chyba nie sposób opisać. Pierwszy raz w życiu widziałem tak ciemne i głębokie brązowe oczy. Ich wielkość była oszałamiająca, a ten tajemniczy blask nieustannie z nich sprawiły, że nie mogłem się od nich oderwać. Widać bawiła ją moja reakcja i fascynacja jej wzrokiem, bo nie protestowała. Nie wiarygodnie duże tęczówki, ciemniejsze niż heban, głębsze niż ocean pochłonęły mnie bez reszty... Szczęście, że Shindu coś z naszej rozmowy pamiętał bo ja nie wiem kiedy i jakim sposobem znaleźliśmy się z powrotem w naszym pawiloniku i co się stało na spotkaniu - były tylko te oczy... Później, gdy już trochę ochłonąłem, powiedział mi że zgodziłem się jej wytłumaczyć pewne zagadnienia z matematyki, której ostatnio się uczyła (dla podwyższenia sprawności umysłu) i szczegółowo wyłożył mi sprawę Thomasa.

Nasz przyjaciel dostał pilne wezwanie od jednego z współpracowników terenowych, o znalezieniu kolejnego z klejnotów rodzinnych maharadżdżów alvaryskich. Na miejscu dowiedział się, że Maharini już dawno o nim słyszała, śledziła jego poczynania i poznawała wnętrze. Gdy doszła do wnioski, że nie szuka on pieniędzy i zysku za wszelką cenę, a raczej ukojenia wśród historii i antyki są jego miłością a nie obiektem targu - postanowiła go sprowadzić do swego świata. Na jego prośbę i gorące zapewnienie, że ufa mi, zgodziła się żebym i ja tu trafił... Nieszczęście chciało, że kasjer który miał nam przekazać list zgubił go i spóźniliśmy się na spotkanie z Thomasem - stąd nasze poszukiwania na ślepo i wysłanie po nas Brodacza. Kiedy wreszcie się z nim spotkaliśmy okazało się, że nasz przyjaciel musiał wyjechać na inne spotkanie, za prośbą Maharini obiecał skompletować wszystkie zaginione rodzinne pamiątki jej rodu...

Na pożegnanie od Jej Wysokości zostałem obdarowany wspaniałymi prezentami, na które uważam, że nie zasłużyłem, ale tutaj nie wypada się zbytnio wymawiać od podarków... I tak, żebym na znak przyjaźni złota statuetka słonia, wysadzana drogocennymi kamieniami - jeden z prezentów ślubnych, jaki dostała od swego męża. Na znak lojalności i pomocy w razie potrzeby - srebrna brosza w kształcie róży, z kwiatem zdobionym kamieniem szlachetnym. Na szczęście w drodze powrotnej -słoń, z prawdziwej chińskiej porcelany. Żebym jej nie zapomniał nigdy - spojrzenie...

Od autora:

Opowiadanie powstało na przełomie 2005/6 od tego czasu wiele się zmieniło, pewne rzeczy zrozumiałem, jednak postanowiłem nie zmieniać treści raz napisanej... Nie miejcie żalu o to, że kiedyś nie miałem brody i wiedzy jaką może mieć powinienem.

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2017