Braciszek.pl Żeglarski Serwis z Charakterem

Hebanowe oczy pięknej Maharini

Ammiszaddaj
,
Taj Mahal by Amal Mongia
Autor: Amal Mongia,
licencja cc-by-sa-2.0

Wspomnienia z Indii, cz.1

Ciekawe doświadczenie - siedzę w luksusowej (jak na tutejsze warunki) restauracji a dawnej angielskiej dzielnicy Munnaru i popijam cejlońską herbatą pączka wiedeńskiego, którego podał mi ubrany w biały garnitur Hindus. Istne pomieszanie kultur. Najważniejsze, że wreszcie tu jestem. To nic, że nie mogłem przybyć tutaj jachtem, w sumie - za dużo szczęścia naraz też nie jest wskazane. Nie mogę się skoncentrować na pisaniu, mój wzrok cały czas biegnie w stronę ogrodu, który znajduje się przed restauracją. Soczysta zieleń we wszystkich jej odcieniach - od jaskrawych, prawie żółtych krzewów po ciemno-czarne korony drzew. Krajobraz zaś cały obsypany morzem kwiatów... Czerwone, żółte, niebieskie, różowe, fioletowe, pomarańczowe... Z tego Kerala słynie - ciepły, prawie tropikalny klimat i mnogość roślin. Taka ciekawostka, której niestety nie udało mi się zobaczyć, co dwanaście lat niebieskie kwiaty nilakurinji'i pokrywają całkowicie wzgórza dookoła tego miasteczka. Widok jest podobno piorunujący, bo zielone ściany zamieniają się jakby w morskie fale...

Może gdybym przyjechał tu w 1994 roku... Nic dziwnego, że w czasach kolonialnych Anglicy najchętniej osiedlali się w tym rejonie Indii. W uszach nieprzerwanie dzwoni śpiew najróżniejszych ptaków: pisać, słuchać czy patrzeć ...nie wiem? Jednego jestem pewien - dla tego doświadczenia warto było przylecieć tu i tłuc się pociągiem z lotniska aż tutaj. Już widzę, że ta podróż będzie jedyna w swoim rodzaju, fantastyczna i niezapomniana. Jest dziesiąta rano (czasu lokalnego) i słońce dopiero przymierza się do swojej codziennej pracy. Na razie jest koło 20-23 stopni. Pogoda w sam raz na spacer - później, w godzinach południowych trzeba się chronić w chłodnym cieniu, którego tutaj na szczęście nie brakuje. Czekam na znajomego, z którym mam zwiedzać wspaniałości kraju Wisznu... Legenda głosi, że właśnie on, jeden z najpotężniejszych bogów hinduskich (a dokładnie szóste jego wcielenie - Paraśurma) po pokonaniu 21 wojowników modlił się do bogów, by wyznaczyli mu miejsce na odbycie pokuty. Ci zdecydowali się ofiarować mu ziemię, którą sam sobie wybierze. Paraśurma rzucił toporem w morze i wyznaczył łuk, wzdłuż którego wypiętrzył się ląd. Tą ziemią była właśnie Kerala. Może dlatego nazywa się ją ojczyzną samego Boga... Z lotu ptaka wygląda jak niewielka, zaciszna zatoczka na Morzem Arabskim, schowana przed resztą świata. Od reszty subkontynentu, ten wąski, malowniczy pas zieleni, oddziela pasmo gór Zachodnich Ghatami. Płynąc kiedyś do Australii miałem przyjemność spotkać się z niejakim Thomasem Highmoorem, Anglikiem mieszkającym na stałe w Indiach. Przyjaźń, która się wtedy zawiązała między nami, zaowocowała dość regularną korespondencją i w efekcie moim przyjazdem tutaj. Thomas wywodzi się ze starego rodu, od początku działalności kolonijnej mieszkającego na tym egzotycznym zakątku Ziemi. Od dawna już marzyłem, żeby odwiedzić ten kraj. A jest to dziwny kraj, możecie mi wierzyć. Brakowało mi zawsze tylko motywacji... Ściera się tutaj tak wiele kultur, tak wiele religii. Są tu wyznawcy dżinizmu, są i buddyści, i hindusi... Na tą egzotykę nakładają się kolonialne wpływy chrześcijańskie, anglikańskie, muzułmańskie... Gdzie nie odwrócić głowy człowiek widzi coś nowego. W wielkich miastach coraz częściej obserwuje się kult pieniądza i głęboko posunięty liberalizm, związany nieodłącznie z rozwiązłością i upadkiem moralnym, choć nie jest to postawa tak powszechna jak na Zachodzie. Głęboko zakorzenione wierzenia przodków dalej hamują dość skutecznie ich rozwój. Powszechnie panujące przekonanie o reinkarnacji utrzymuje zadziwiający spokój. Z jednej strony: garnitury, Chevrolety z klimatyzacją i prawie "zachodnie" życie - a tuż obok ludzie koczujący na granicy skrajnego ubóstwa. I nikt się nie skarży na swój los, nie ma wszechobecnej u nas zazdrości... Mówi się każdy odbiera to, na co zasłużył w poprzednim życiu i jednocześnie pracuje na lepsze wcielenie w kolejnym. Mocno to zakręcone... Najważniejsze, że tu nie ma "wierzących niepraktykujących" (abstrahując w tej chwili od sprzeczności takiego stwierdzenia)... Nie przyjechałem tu jednak, żeby się rozwodzić nad problemami egzystencjalnymi, chyba to ta atmosfera tak na ludzi wpływa - że każdy zaczyna się zastanawiać nad istnieniem i innymi głębokimi tematami. Nie mam również zamiaru poznawać życia "wielkomiejskiego"...

W tej chwili odpoczywam w willi pana Highmoora, jak mawia Shindu. Dziwne jest tutaj wszystko - nawet zwyczaje "pokolonialne" przetrwały. Otóż, dostałem od Thomasa, oprócz własnego apartamentu (bo pokojem nie można tego nazwać) również własnego służącego. Już wcześniej, w którymś z listów zostałem pouczony, jak się zachować w takiej (niezręcznej) sytuacji - gdybym odmówił obraziłbym nie tylko gospodarza, ale i służącego, który mimo swojego zajęcia jest tutaj szanowany (i stanowi prawie członka rodziny). Nie jestem przyzwyczajony do takich luksusów - 100 m kw. z tarasem wychodzącym oczywiście na wspaniały, zielony ogród i oddany wyłącznie do mojej dyspozycji Shindu. Jakże różni się ten obraz od kilkunastu metrów chwiejnego pokładu, na którym zasuwa się 48 godzin na dobę, jeśli tylko trzeba (a bosman jest zawsze z dania, że trzeba). Nie wiem czy Thomas ma coś wspólnego z Polakami, ale chyba postawa "zastaw się a postaw się" nie jest mu obca... Mój "cień" jest kulturalny i szeroko wykształcony: biegle mówi w trzech "narzeczach" indyjskich, po angielsku i francusku. Dla mieszkańców Kerali turystyka międzynarodowa jest jedynym sposobem zarobku (i to - dodam - bardzo dobrym sposobem). Możecie się śmiać, ale z pewnością jest tutaj więcej hoteli i pensjonatów (dla bogatych cudzoziemców, przyzwyczajonych do obrzydliwego luksusu i wydawania wielkich kwot na dzień) niż mieszkańców... Praca w renomowanym hotelu zapewnia dobre wynagrodzenia i wykształcenie, zaś szczytem marzeń jest zdobycie posady w jednej z willi obcokrajowców. Stąd takie wykształcenie, szacunek, staranność, godność i nienaganne maniery u Shindu. Na pewno wiele się od niego nauczę... Na dzisiejszej kolacji będzie miło zaskoczyć Thomasa posiadaniem pewnej, choćby najmniejszej, wiedzy z zakresu tutejszego savoire-vivre. Przygoda się zaczyna...

I znów w drodze... Po wczorajszej kolacji wiem, co warto zobaczyć i dlatego wybrałem inną trasę. Zawadzę jednak i o te oblegane i modne miejsca - może jeśli starczy czasu. Nie to, żebym nie cenił rad Thomasa, ale chciałem zobaczyć te krainy takie jakie są, a nie takie jakie warto zobaczyć. Nieco się zdziwiłem, gdy rano Shindu przyniósł mi list: "Wybacz, ale pilnie musiałem wyjechać do Bombaju, dopilnować interesów. Mam nadzieję, że nie zajmie to wiele czasu i jeszcze dziś wieczorem przejdziemy się na wybrzeże... Znam takie świetne miejsce, które koniecznie musisz zobaczyć Thomas Highmoor" Niespiesznie więc zjadłem przygotowane już przez Shindu śniadanie i bogaty deser owocowy. Wiele słyszałem o niestrawności indyjskiego menu, ale mnie bardzo smakowała taka rewia przypraw i aromatów. Nawet nie pytałem ile w hotelu kosztuje taka uczta - znów mnie zaskoczyła hojność gospodarza... Koło dziesiątej wybrałem się, za namową Shindu, na spacer po otaczających posiadłość wzgórzach. Jak też tu musi być cudownie, gdy wszystko dookoła jest błękitne ("niebo, i morze, i oczy dziewczyny..." jak śpiewał stary bosman z Rubina). Nazajutrz czekała mnie kolejna wiadomość z inicjałami "T.H." na kopercie. Z niej dowiedziałem się o zmianie swoich planów: oprócz przeprosin za nieobecność znalazła się tam prośba o mój przyjazd do Bombaju. Wreszcie robi się ciekawie, jakaś przygoda - ten luksus już mnie męczył. Poza tym udało mi się zagiąć Shindu (pierwszy raz odkąd mamy przyjemność się znać), gdy na jego pytanie "Czy spakować pana?" odpowiedziałem - "Nie trzeba, przyjacielu - już jestem spakowany"... W niecałą godzinę po śniadaniu siedzieliśmy już w przedziale starego, wysłużonego pociągu (parowego!) i oglądaliśmy przesuwające się za oknem obrazy. Raz była to wioska, z suszącymi się na dachach drewnianych domów białymi ubraniami, kiedy indziej soczysta zieleń doliny, przecięta delikatną niebieską strużką wody. Pociąg niespiesznie odmierzał kilometry dzielące nas od Bombaju i po pięciu godzinach monotonicznego stukotu kół, przerywanego jedynie co jakiś czas gwizdem lokomotywy stanęliśmy w tłoku kupców, zaklinaczy wężów, przepowiadaczy przyszłości i turystów. Szybko jednak się okazało, że to nie koniec podróży, bo "Pan Highmoor przeniósł się do Amarabadu, i zostawił dla szanownych państwa bilety na najbliższy pociąg, byście mogli go szybko dogonić..." Kolejne dwie godziny trzęsącego się turkota i kolejna stacja, tym razem już mniej okazała niż bombajski dworzec. Przed nami prezentował się, a może raczej próbował stać prosto stary, drewniany budyneczek. Shindu zdążył mi już wyjaśnić, czym jego pracodawca się zajmuje... Otóż, w takich "dziurach" wynajduje różne unikalne przedmioty i cenne antyki. Pomimo jednak niewielkich rozmiarów Amarabad okazał się trudny do spenetrowania... Dopiero po kilku godzinach Shindu dowiedziała się, że owszem Thomas czekał na nas, ale nie mogąc dłużej zwlekać wyjechał, jakieś dwadzieścia minut przed naszym przybyciem. Okazało się również, że kasjer z poprzedniej zmiany na stacji, miał dla nas list od Highmoora, z wyjaśnieniami - ale go zgubił. Zapamiętał tylko tyle, że byliśmy proszeni o pośpiech, oraz to że czekają na nas bilety na kolejną część trasy, tym razem do Diamśedpur... Coraz bardziej zagadkowa sytuacja, może przez noc to sobie jakoś poukładam - najbliższy pociąg odjeżdża stąd nazajutrz w południe. Mam wrażenie, że już gdzieś czytałem o podobnych perypetiach...

Ta noc upłynęła bardzo ciekawie - na rozmowach i domysłach, co się mogło stać, że Thomas tak pilnie przemieszcza się po kraju. Zresztą i tak oka bym chyba nie zmrużył. Nawet z moim budżetem byłoby mnie stać na takie lokum, w jedynym hotelu jaki oferuje to miasteczko. Nie ma co narzekać: duże, wygodne, twarde łóżka, moskitiery, widok na ogród... i karaluchy - bestie wielkie jak szczury! Shindu twierdził, że to nic nadzwyczajnego (zresztą w rogu pokoju stały kilkucentymetrowe kije - do oganiania się, jak mi wyjaśnił)... Ekstra, coraz bardziej mnie ten kraj zaskakuje! Kolejny dzień, kolejna podróż w nieznane i kolejna zagadka. Na miejscu oczywiście Thomasa już nie było, ale nikt go nie widział tam wcześniej... Być nie może! Nikt nie zwrócił uwagi, na dystyngowanego, bogatego Anglika? Może list, który mieliśmy dostać rozjaśniłby sprawę, ale teraz zostaliśmy z niczym - nawet Shindu stracił swoje kamienne dotąd spojrzenie i spokój. Kiedy już straciliśmy nadzieję na odnalezienie jakiegoś śladu trafił się ktoś, kto twierdził, że może nam pomóc... Wieczorem, w knajpie, po mocno zakrapianym posiłku był zdania, że widział wysokiego Europejczyka. Przynajmniej tak nam się wydawało - gość mówił tylko łamaną hiszpańszczyzną, a jechało od niego wypitym winem tak, że sam się chyba upiłem samym oddechem... Ani ja, ani Shindu nie rozprawialiśmy się nigdy w tym języku, a tamten majaczył coś, że może nam pokazać gdzie widział "seniora Thomsona... Thomasa". Nie wiem, czy to naiwność nadziei, czy skutek rumu ale zgodziliśmy się następnego dnia sprawdzić jego słowa. Znowu miałem wrażenie, że stałem się bohaterem jakiejś powieści, bo z sytuacji bez wyjścia los podsunął najbardziej zwariowaną propozycję, na którą przystaliśmy bez mrugnięcia okiem... Rano, choć w głowie jeszcze szumiało przypominałem sobie wydarzenia dnia ubiegłego: dziś nie dałbym wiary słowom podpitego, grubawego faceta z brodą niemytą chyba od urodzenia. Ale cóż słowo się rzekło i od śniadania oderwało nas pukanie do drzwi. Ów Hindus czy Hiszpan właśnie zajechał po nas swoją (chyba) taksówką i twierdził, że za podwójną stawkę może nas zawieść w to samo miejsce, gdzie dwa dni wcześniej zawiózł naszego przyjaciela... Gdzie? Nie powiedział. Żebyśmy mieli chociaż pewność, że mówimy o tym samym senior Thomas'ie. Jakże miłą odmianą po zapadniętych łóżkach naszego hoteliku (czytaj pokoju, z prawie całymi ścianami...) była jego zdezelowana, ciasna i gorąca taryfa. Sądzę również, że nie raz i nie dwa musiał nią odwozić swoich kolegów po paru głębszych - bo śmierdziało w niej niemiłosiernie. Sam właściciel natomiast w świetle dziennym wydawał się jakby innym człowiekiem - tęgi, zadbany, i mocno posiwiały robił nawet dobre wrażenie. Jeśli dobrze zrozumiałem, po dwóch godzinach jazdy i wsłuchiwania się w jego niesłabnący entuzjazmem głos, nasz kierowca marzy o "blue-cab" (lepszy rodzaj taksówek - błękitny Chevrolet, z klimatyzacją), bo jego wóz wszyscy bogatsi klienci omijają dużym łukiem. Jakoś im się nie, auto miało chyba ze dwadzieścia parę lat, trzęsła, zgrzytała i podskakiwała na każdym kamieniu. Poza "blue-cab" wychwyciłem jeszcze z tego potoku seniorów i muchachos słowa "Thomas" i "Czhota Nagpur". Mogłoby z tego wynikać, że jedziemy na pustynię Czhota Nagpur, leżącą na zachód od Rańći, dokładnie na szerokości Zwrotnika Raka. Szczęście, że Shindu może dość dowolnie rozporządzać budżetem, bo odległość jaką mieliśmy przebyć była dość spora. Oczywiście i kwota jakiej zażądał od nas Markiz była niebotyczna. Aż mi się ciemno przed oczami zrobiło jak gość napisał na piasku ile mu jesteśmy winni. Chwila zastanowienia się - jesteśmy na skraju wioski, smaganej gorącymi podmuchami pustynnego wiatru, nikt nie zwraca na nas uwagi, więc wyperswadowaliśmy mu, że powinien wziąć od nas najwyżej połowę. Przy silnych argumentach (dwa do jednego) szybko spuścił z tonu i wszyscy byli zadowoleni, choć kwota dalej była zawrotna, jak dla zwykłego śmiertelnika.

Ciąg dalszy nastąpi. Kolejna część nosi tytuł "Tajemnicze zniknięcie Thomasa"

Od autora:

Opowiadanie powstało na przełomie 2005/6 od tego czasu wiele się zmieniło, pewne rzeczy zrozumiałem, jednak postanowiłem nie zmieniać treści raz napisanej... Nie miejcie żalu o to, że kiedyś nie miałem brody i wiedzy jaką może mieć powinienem.

Designed and created by Ammiszaddaj - All rights reserved ® Copyright 2004-2017